Warsztat majsterkowicza dla dziecka

Lubię, kiedy moje dzieci są kreatywne. Kiedy same wymyślają sobie zabawy bez ingerencji dorosłych, wchodzą w nie w 100% i zajmują na długie godziny. Kiedy wyobraźnia podpowiada im różne światy, mogą wcielać się w wymyślone role lub budować coś z niczego, konstruować, stwarzać…

Jestem zdania, że dzieciom trzeba pozwolić na kreatywność. Nie bać się jej. Wbrew pozorom to może wcale nie być dla nas, rodziców takie proste. Bo żeby mogła zrodzić się kreatywność, trzeba odpuścić kontrolę. A my rodzice lubimy kontrolować. Dla bezpieczeństwa dziecka, dla własnego bezpieczeństwa, dla porządku, ale też dlatego, że nam się wydaje, że zrobimy lepiej. Bo więcej umiemy, bo mamy wiedzę, umiejętności i po prostu się znamy. A dziecko się nie zna.

No ale jak ma poznać? Jak ma się nauczyć, skoro nie pozwolimy mu próbować, popełniać błędów, mylić się, korygować i zaczynać od początku? Możemy mu oczywiście krok po kroku pokazać, jak coś zrobić. Ale przecież wiemy, że człowiek, również ten mały, najlepiej uczy się na błędach. Dlatego pozwalajmy dzieciom popełniać błędy.

Nasz starszy syn ma od zawsze zamiłowanie do budowania, konstruowania, majsterkowania, skręcania itd. Dlatego, zainspirowani warsztatami stolarskimi, organizowanymi w Warszawie przez Dzikie Dzieci, na których był niedawno z tatą, postanowiliśmy stworzyć mu w domu własny warsztat stolarski małego majsterkowicza. Wykorzystaliśmy do tego różnego kształtu i rozmiaru skrawki drewna, grubsze patyki i kijki, śrubki, wkręty oraz trochę prostych, ale prawdziwych narzędzi. Okazało się, że tak niewiele potrzeba do szczęścia!

Nie dość, że starszy syn był zachwycony, to i młodszy rwał się do pomocy, a na końcu dołączyła nawet córka.

Może ktoś uznać za kontrowersyjne udostępnienie pięciolatkowi prawdziwych narzędzi – młotka, piłki, wkrętarki, czy obcążków. A jednak myślę, w duchu tego, co napisałam wyżej, że lepiej, oczywiście pod pewną kontrolą, pozwolić mu na używanie prawdziwych narzędzi, którymi naprawdę można coś wykonać, zamiast plastikowych zabawek, które służą tylko do zabawy na niby. Są dobre dla maluchów, ale dla chłopca, który interesuje się majsterkowaniem, okazują się już niewystarczające.

Dlatego uważam, że danie małemu majsterkowiczowi prawdziwych narzędzi to dobry pomysł na kreatywną zabawę, dzięki której dziecko może zdobywać umiejętności manualne, ćwiczyć cierpliwość i wyobraźnię. Może naprawdę coś stworzyć, mieć satysfakcję, że zrobiło to samo, albo z niewielką pomocą dorosłego. Uczy się, do czego dane narzędzie można wykorzystać. Ale uczy się czegoś jeszcze. Ostrożności i uważności. Bo przecież prawdziwe narzędzia mogą być niebezpieczne. Mogą. Dlatego nauka umiejętnego korzystania z nich to, moim zdaniem, bardzo ważna, życiowa lekcja. Zgodnie z myślą Marii Montessori „Naucz mnie robić to samodzielnie”.

 

Jak Wam się podoba nasz domowy warsztat stolarski małego majsterkowicza? Napiszcie też, co sądzicie o udostępnianiu dzieciom prawdziwych narzędzi?