Radość ukryta we wdzięczności

Radość życia i szczęście to nie jest coś spektakularnego. Coraz bardziej przekonuję się, że szczęście leży w tym, co zwyczajne, codzienne i proste. Bo ze zwyczajnych, codziennych, prostych chwil składa się dzień. A z codziennych, zwyczajnych, prostych dni, poprzetykanych od czasu do czasu tymi niezwykłymi, odświętnymi i wspaniałymi składa się życie. Jak w tym, co takie zwyczajne i szare, a nawet nużące, męczące i nielubiane odnaleźć szczęście i radość?

Gdzie szukam radości życia

Lubię zaczynać dzień od modlitwy Pismem Świętym. Wstaję rano, kiedy wszyscy jeszcze śpią, słucham ciszy poranka, wypijam szklankę wody, sięgam po Ewangelię i czytam. Wsłuchuję się w Słowa, które On kieruje do mnie. Czasem jest to zdanie, czasem jakiś sugestywny obraz, czasem tylko jedno słowo, które przemawia właśnie do mnie, akurat teraz.

Lubię też kończyć dzień modlitwą. Modlitwą dziękczynną. Przypominam sobie wszystko, co wydarzyło się danego dnia, by z wdzięcznością za to dziękować.

W ciągu dnia jednak na modlitwę nie mam czasu. Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki w moje ręce nie wpadła mała, niepozorna książeczka o nieco dziwnym tytule – „O praktykowaniu Bożej obecności”. No bo ja wiem, że Bóg jest ze mną obecny podczas modlitwy. Ale jak odczuwać Jego obecność przez cały dzień? Siedemnastowieczny mnich – karmelita bosy, brat Wawrzyniec od Zmartwychwstania, odkrył na to niezwykły, a zarazem bardzo prosty i piękny w swej prostocie sposób.

Czym jest radość według brata Wawrzyńca

Przenieśmy się na chwilę do siedemnastowiecznej Lotaryngii. Tu w wieku 26 lat Wawrzyniec (który wtedy jeszcze jest Mikołajem – Wawrzyniec to imię zakonne) wstępuje do zakonu karmelitów i od tego momentu rozpoczyna się jego droga duchowa. Jako mnich zostaje skierowany przez przełożonych do pracy w klasztornej kuchni, gdzie jego zadaniem jest przygotowywanie posiłków dla około stu zakonników.

Praca ta jest dla niego prozaiczna, monotonna i nużąca. Jak to praca w kuchni. Oprócz obierania, krojenia, gotowania i smażenia, nigdy nie brakuje też talerzy do umycia, różnych drobiazgów do poodkładania czy okruchów na podłodze do zmiecenia.

Wawrzyniec, choć jej nie lubi, wykonuje swoją pracę najlepiej jak potrafi, ze starannością i troską o dobro współbraci. Co daje mu siłę do tak rzetelnego wykonywania nielubianej pracy? Po prostu podejmuje ją z Miłością i nieustannie trwa podczas jej wykonywania w Bożej obecności. Co to znaczy? Prowadzi cały czas głęboką modlitwę wewnętrzną – z prostotą serca we wszystkim co robi zwraca się ku Bogu i pokornie z Nim rozmawia.

Ostatecznie rezygnuje z wszystkich nieobowiązkowych modlitw klasztornych, żeby całkowicie poświęcić się swojej wewnętrznej modlitwie prowadzonej podczas codziennych obowiązków. Modlitwę tę nazywa praktykowaniem Bożej obecności. To ona pomaga mu pracować powoli, spokojnie, z miłością i bez narzekania.

Piękny obraz, prawda? Mnie urzekł. Pomyślałam, że ja też tak chcę! Moje codzienne obowiązki to przecież nie jest to, co lubię najbardziej. Gotowanie dzień w dzień dla całej rodziny, sprzątanie po posiłkach, wkładanie naczyń do zmywarki, wyjmowanie, ustawianie w szafkach. Pranie, rozwieszanie, składanie. Sprzątanie ciągle porozrzucanych zabawek i innych drobiazgów. Czyszczenie kuchni i łazienki, zamiatanie schodów…

Bardzo chciałabym zaprosić do tych codziennych czynności Pana Boga – do zabaw z dziećmi, spacerów, rozmów i wspólnego czytania też, ale chyba przede wszystkim do tej całej żmudnej, codziennej roboty, której prawie w domu nie widać, a która gdyby nie była zrobiona, to wszyscy mocno by to odczuli… Jak to jednak zrobić, skoro te moje codzienne zajęcia są ciągle przerywane przez jakieś „Mamooo, jestem głodny!”, „Mamo, on mi coś zabrał!”, „Ja tego nie chcę!”, „A to chcę na już! Teraz!”? No jak?

W mojej głowie zrodziło się pragnienie, a jednocześnie wiele pytań. Ale! Po kilku miesiącach od lektury tamtej, trafiła do mnie kolejna książka – jak zawsze w najlepszym możliwym czasie! Skąd te książki wiedzą, kiedy do mnie przyjść!? Już o niej krótko wspominałam w moich ostatnich polecajkach, ale ta lektura zrobiła na mnie takie wrażenie, że zasługuje na więcej miejsca. Mowa o książce „Tysiąc darów” Ann Voscamp.

Czym jest radość według Ann Voscamp

Tym razem przenosimy się na kanadyjską farmę, gdzie Ann Voscamp razem z mężem Farmerem żyją, pracują i wychowują (w książce jeszcze) szóstkę, a teraz już siódemkę dzieci. Dodatkowo Ann prowadzi bloga i pisze książki. Z niezwykłym talentem zresztą. Książka „Tysiąc darów” jest zapisem jej drogi do pełni życia.

Otwieram książkę i czytam: „Wdzięczność to sposób, aby praktykować obecność Boga i pozostawać obecnym w Jego obecności…”! Czy to nie jest odpowiedź na moje pytania!? Czy ta książka nie przyszła specjalnie do mnie z tymi prostymi i pięknymi słowami?

O mocy wdzięczności wiedziałam już dawno, ale wiem też, jak łatwo jest o niej zapominać w codziennym zabieganiu, w tysiącu drobnych zadań do wykonania, w tym wszystkim, czego robić się nie lubi, a zrobić przecież trzeba. Bo łatwo mi jest być wdzięczną za dobrą książkę, kiedy mam na nią chwilę czasu, za szumiący blisko domu las, za kawałek ogrodu, w którym dzieci mogą się wyszaleć w czasach izolacji. Łatwo być wdzięcznym za zdrowie, słońce, uśmiech bliskich osób i coś pysznego na stole.

Trudniej jednak dziękować za to, co trudne, czego nie lubię, co mnie codziennie denerwuje i męczy. A jest tego trochę… Z jednego i z drugiego składa się moja codzienność. Dlatego razem z Ann pracuję codziennie nad wdzięcznością również za to, z czym mi nie po drodze. Bo to jest praca, wysiłek, żeby podziękować za to, co trudne. Ale „dziękczynienie poprzedza cud” – przekonuje Ann Voscamp i… ma rację!

Codzienne ćwiczenie wdzięczności jest codziennym wielbieniem Boga! Bo radość ukryta jest we wdzięczności. Ale – żeby móc odczuć wdzięczność, konieczna jest najpierw uważność. Sztuka głębokiego, prawdziwego, uważnego patrzenia sprawia, że wdzięczność jest możliwa. A sztuka wdzięczności sprawia, że możliwa jest radość. Każda chwila jest listem od Boga, który chce nam coś powiedzieć. Czasem przez to, co na zewnątrz, czasem przez to, co wewnątrz nas. Dlatego trzeba umieć patrzeć. I słuchać.

To jak patrzymy, określa jak żyjemy. Wszędzie – w kuchni podczas obierania ziemniaków, przy ząbkującym dziecku, w kolejnym praniu do rozwieszenia, w porozrzucanych zabawkach, w piętnastej tego dnia kłótni dzieci, w szorowaniu łazienki – wszędzie mogę spotkać Boga, jeśli okażę Mu wdzięczność. Żeby było to możliwe, muszę być w tym obecna, uważna. Tu i teraz. Tylko tu i teraz mogę Go spotkać. Tylko tu i teraz mogę być szczęśliwa!

Dlaczego więc nie pozwolić, żeby całe życie, każdą chwilę, również tę żmudną lub trudną, przeniknęła łaska, wdzięczność i radość? Tego sobie i Wam życzę:)

Mogą Cię też zainteresować:

O ROZWOJU OSOBISTYM – ROZMOWA Z MONIKĄ MYSZKĄ-WIECZERZAK

MOJA DROGA DO UWAŻNOŚCI

WIELKI UROK MAŁYCH RADOŚCI

 

A ja czekam na Ciebie na Facebooku i Instagramie.