Listopadowo-grudniowe odkrycia

Po pięknym, barwnym październiku nastał ponury i smętny listopad. Ale zaraz po nim przyszedł świetlisty i świąteczny grudzień. Czas mija w swoim odwiecznym rytmie, czy tego chcemy czy nie. Światło przeplata się z ciemnością, piękno z brzydotą, koniec z początkiem. Już niebawem pożegnamy stary rok, a za chwilę będziemy witać nowy. To czas podsumowań i refleksji, dlatego wybaczcie ten refleksyjno-melancholijny ton…

Zanim przyjdzie czas na większe podsumowania, pozwólcie, że najpierw podsumuję dwa ostatnie miesiące. Jak zawsze podzielę się z Wami tym, co ciekawego, wartościowego, moim zdaniem, udało mi się odkryć.

No to zaczynamy.

Więcej niż zdrowe odżywianie

Więcej niż zdrowe odżywianie to fanpage na facebooku, na którym autorzy dzielą się zdrowymi przepisami kulianarnymi. Wiem, że takich miejsc w sieci jest dużo, ale mi osobiście mało które odpowiada w 100%. Ten profil jednak postanowiłam śledzić z dwóch powodów. Po pierwsze – przepisy są naprawdę proste i nieskomplikowane. Po drugie – to, co proponują jest spójne z tym, co ja uważam za zdrowe (a wiadomo, że koncepcji na ten temat jest mnóstwo), co mi służy i co ja lubię.

Co tu dużo mówić – zerknijcie, wypróbujcie przepisy i sami zdecydujcie. Na zdrowie!

Film Czas na miłość

To angielski film Richarda Curtisa (twórcy m. in. Notting Hill), który można by nazwać komedią romantyczną, gdyby… No właśnie… Za komediami romantycznymi nie przepadam, ale tę chcę Wam z czystym sumieniem polecić.

Główny bohater, Tim, w dniu swoich 21 urodzin dowiaduje się od ojca, że posiada, podobnie jak wszyscy mężczyźni w ich rodzinie, niezwykły dar podróżowania w czasie. Może wracać do przeszłości i dowolnie ją zmieniać, aby osiągnąć to, co chce. Motyw w kinie znany, głównie za sprawą filmu Efekt motyla, który zresztą w Czasie na miłość jest cytowany.

Tim postanawia swój dar wykorzystać w jednym celu – znalezienia miłości swojego życia. Do pewnego momentu wszystko jest dość przewidywalne i, tak jak pisałam, utrzymane w konwencji komedii romantycznej, z tym że nie z hollywoodzkim, a z angielskim poczuciem humoru. Do pewnego momentu. Później trochę zaczyna się tej konwencji wymykać i to mnie w nim urzekło.

Chyba się starzeję, bo ostatnio częściej niż dawniej wzruszam się na filmach. Ten też poruszył mnie na końcu tak mocno, że niejedna łza spłynęła po moim policzku. Nie chcę zdradzać zbyt dużo, bo film naprawdę warto obejrzeć do końca. Napiszę tylko, że dla mnie jest to film o radości życia. O szczęściu znajdowanym w codzienności. O umiejętności cieszenia się ze zwykłych, prostych rzeczy.

Nie powiem nic więcej (boję się, że i tak powiedziałam zbyt dużo). Jeśli lubicie filmy z pozytywnym przesłaniem, takie, po których poczujecie się odrobinę szczęśliwsi, a świat trochę lepszy, to polecam ten film na jakiś spokojny, relaksujący wieczór.

Worqbook

Kasia z bloga Worqshop, o której opowiadałam Wam w moich poprzednich polecajkach, wypuściła swój własny produkt skierowany do blogerów i osób tworzących treści do internetu. Z bloga Kasi nauczyłam się już sporo, dlatego postanowiłam kupić również  e-booka Worqbook – Bank Pomysłów (choć wierzcie mi, że rzadko zdarza mi się kupować tego typu produkty!).

Jest to garść cennych pomysłów na tworzenie wartościowych treści na bloga i do mediów społecznościowych. Przy czym nie jest to lista jakichś topowych tematów, które trzeba poruszyć, żeby zdobyć zaangażowanie i zasięgi, ale narzędzie, które pozwoli samodzielnie znaleźć, wyselekcjonować i ułożyć w jakąś spójną całość treści, które będą zgodne z Tobą i Twoimi odbiorcami.

Mnie co prawda pomysłów na wpisy blogowe nie brakuje. Mam ich zdecydowanie więcej niż czasu na ich realizację, natomiast wydaje mi się, że trochę brakuje mi strategii i spójności. Dlatego, póki co, Worqbooka „przerobiłam”, pierwsze kroki wprowadziłam w życie, a efekty będę mierzyć za trzy miesiące (bo w takich blokach proponuje pracować Kasia). Może też chcecie spróbować…?

Peeling z pestek śliwki

Już Wam kiedyś polecałam sklep Zrób sobie krem, w którym za naprawdę nieduże pieniądze można kupić naturalne kosmetyki lub półprodukty do ich zrobienia. Ostatnio tylko u nich kupuję hydrolaty (jak dotąd wypróbowałam lawendowy i jałowcowy), a ostatnio kupiłam też peeling z pestek śliwki. Produkt, który do mnie przyjechał, to dość drobno zmielone pestki śliwki. Żeby zrobić peeling, mieszam je z olejem kokosowym i wmasowuję w skórę twarzy. Jestem zadowolona, bo wiem, że nie wsmarowuję przy okazji żadnej niepotrzebnej chemii, za to pestki śliwki dostarczają jej antocyjanów, witamin i kwasu owocowego. Naskórek ładnie się złuszcza i przy okazji, ponieważ peeling jest dość gruby, to jest też fajnym masażem twarzy za dosłownie parę groszy.

 

To by było na tyle. Coś Wam wpadło w oko? Teraz Wasza kolej – podzielicie się swoimi polecajkami?

 

MOGĄ CIĘ TEŻ ZAINTERESOWAĆ:

WRZEŚNIOWO-PAŹDZIERNIKOWE ODKRYCIA

WAKACYJNE ODKRYCIA

CZERWCOWE ODKRYCIA