Dom w zgodzie z naturą – moje refleksje po przeczytaniu książki

Christine Liu, amerykańska (zdaje się, że koreańskiego pochodzenia) vlogerka i autorka książki Dom w zgodzie z naturą wyznaje i propaguje zasady minimalizmu, zero waste oraz zdrowego życia. Jednak nie są one u niej po prostu modnym stylem życia, ale wypływają z realnej troski o środowisko.

Autorka w swojej książce, zilustrowanej przepięknymi, minimalistycznymi kadrami, traktuje temat szeroko i to mi się podoba. Pokazuje, jak te idee wprowadza do swojego życia i udowadnia, dlaczego takie proste, zdrowe i ekologiczne życie zbawiennie wpływa na naszą planetę i w dzisiejszych, konsumpcyjnych i mocno zaśmieconych czasach, jest po prostu koniecznością.

Jej wywody poparte są wieloma naukowymi argumentami i statystykami, a zarazem Christine daje dużo własnych, autorskich, praktykowanych przez nią pomysłów, jak minimalizm i zero waste wprowadzać w poszczególne obszary życia, głównie związane z domem, bo na to mamy największy wpływ.

Pisze więc o oszczędzaniu zużycia prądu i wody, o niemarnowaniu żywności i wybieraniu tej pozyskiwanej metodami przyjaznymi dla środowiska, a podczas zakupów i przechowywania żywności wybieraniu opakowań wielokrotnego użytku (szklane słoiki, bawełniane torebki i ręczniki). Mówi też o kompostowaniu i uprawianiu własnego, choćby małego ogródka (w mieszkaniu w mieście, a więc nie tylko dla szczęśliwców mających własne działki!), czy hodowaniu roślin doniczkowych.

Minimalizm to dla niej z jednej strony pozbywanie się zbędnych rzeczy (ale nie wyrzucanie ich – to nie sztuka! – raczej przerabianie, oddawanie, sprzedawanie) oraz umiar w kupowaniu. Jeśli już coś rzeczywiście jest nam niezbędne, to Christine Liu zachęca do tego, aby wybierać przedmioty przyjazne dla środowiska, a więc z naturalnych materiałów. Począwszy od mebli, materacy, przez ubrania, po szczotki bambusowe do włosów i do zębów, które nadają się do kompostowania.

Jest też zwolenniczką minimalistycznej garderoby. Pokazuje, jak ją tworzyć, zachęca, by wybierać rodzaje tkanin przyjaznych dla środowiska (wełna, bawełna, len, jedwab, konopie i bambus, jeśli dżins, to z włókien organicznych i barwników roślinnych, jeśli skóra, to wegańska, np. z włókien ananasa). Autorka pokazuje też jak ekologicznie prać, naprawiać odzież, samodzielnie farbować niektóre ubrania naturalnymi barwnikami, czy przerabiać zniszczone ubrania np. na torbę.

To, co mnie chyba najbardziej zainspirowało w tej książce, to naturalna pielęgnacja i naturalne środki czystości. Autorka podaje kilka przepisów na domowe ich wersje, np. żel i peeling z aloesem, masło do ciała, balsam do ust, czy środki czystości z wykorzystaniem octu i sody (już stosuję!:)) Naturalne kosmetyki to to, co ostatnio bardzo polubiłam, a ich mała ilość, zgodnie z duchem minimalizmu, była mi bliska od zawsze, zanim jeszcze usłyszałam o minimalizmie. A więc to zdecydowanie coś, co leży w mojej naturze!

Bardzo podoba mi się też idea minimalistycznej, a raczej kapsułkowej szafy, nigdy nie miałam i nie lubiłam mieć dużej ilości ciuchów. Wolę mieć kilka – kilkanaście, które noszę i w których dobrze się czuję, zamiast wypełnionej po brzegi szafy i problemu „nie mam w co się ubrać”. Jednak nie zawsze zwracałam uwagę na jakość ubrań, które kupuję, na ich skład i na to, żeby były wykonane z naturalnych tkanin. Nie jestem też zwolenniczką tylko i wyłącznie jednolitych kolorystycznie ubrań w bieli, czerni, odcieniach beżu i szarości. Ubrania lubię kolorowe i wzorzyste. Od pewnego czasu zwracam uwagę na jakość i skład, bo porządne ubrania po prostu służą dłużej, a ja nie lubię ciągle dokupować nowych. No i nie zwiększają tym samym skali produkcji, a więc takie podejście dobrze wpływa na środowisko.

Czy jestem minimalistką i prowadzę życie zero waste? A raczej less waste, bo zero na pewno nie…

I tak i nie. Minimalizm, jak pisałam, jest mi bliski od zawsze. Tak po prostu miałam, odkąd sięgnę pamięcią, że duża ilość rzeczy mnie męczyła i przytłaczała, utrudniała też utrzymywanie porządku, a w tym nigdy nie byłam najlepsza! Nigdy nie miałam wielu ubrań, kosmetyków, bibelotów. Nie lubiłam i nie lubię nadal. Jedyne, czego nadmiar można mi zarzucić, to książki! Tak, kocham je i nie zamierzam się ich pozbywać. Więc stuprocentową minimalistką nie jestem na pewno i raczej nie będę. Zresztą, chyba nie o to chodzi…

Ale od pewnego czasu podchodzę do tematu bardziej świadomie, a co za tym idzie, staram się, oprócz minimalizowania zakupów (co mam po prostu we krwi) wybierać rzeczy lepszej jakości, aby służyły na dłużej i żebym mogła kupować jeszcze rzadziej.

Zdecydowanie gorzej niż z minimalizmem jest u mnie z zero waste. Tego nie miałam we krwi, po części pewnie dlatego, że moje dzieciństwo przypadło na lata 90-te, kiedy to sklepy zalewane były towarami z zachodu, wzmagało to konsumpcję, a co za tym idzie, również ilość produkowanych śmieci. Ale kiedy posłucham opowiadań rodziców i dziadków, to okazuje się, że ich życie przed rokiem 89 było naprawdę zero waste, choć oni o tym określeniu nie mieli pojęcia!

Żeby było jasne, nie chcę, absolutnie, chwalić tego, co było przed rokiem 1989 – to epoka słusznie miniona! Życie w ciągłym niedostatku, z jakim musieli zmierzyć się nasi rodzice i dziadkowie, samo przez się było less waste. Mam tu na myśli brak plastikowych opakowań spożywczych (bo ich po prostu nie było albo było mało), kompostowanie organicznych odpadów, samodzielne wykonywanie ubrań (na drutach, szydełku, maszynie), a także barwienie ich, przerabianie i naprawianie (moja babcia do końca życia cerowała skarpety! – komu dziś chciałoby się to robić?). Na wsi naturalne też było własnoręczne produkowanie żywności, a wizyty w sklepie były dużo rzadsze niż dziś.

Świat od tamtej pory bardzo się zmienił. Dziś idee minimalizmu i zero waste musimy na nowo, od podstaw, wprowadzać w życie (jeśli chcemy, oczywiście), bo nie mamy już tych nawyków i przyzwyczajeń, nie jesteśmy tego nauczeni. No właśnie – tylko czy chcemy?

Christine Liu przekonała mnie, że minimalizm i zero waste to nie tylko moda (a przyznam się, że do tej pory trochę tak o tym myślałam), ale objaw prawdziwej troski o środowisko naturalne. I dlatego uważam, że warto. Szczerze i uczciwie powiem też od razu, że nie będę nigdy taką minimalistką jak ona. Choć estetycznie bardzo mi się to podoba (tylko czy nie znudziłoby mi się takie ascetyczne otoczenie? – nie wiem…). Ale jednocześnie czuję, że to wymagałoby niezłej rewolucji w moim życiu. A rewolucji nie lubię. Zdecydowanie wolę metodę małych kroczków, dlatego małymi kroczkami, pojedynczo, staram się wypracowywać kolejne nawyki, żeby żyć bardziej w zgodzie z naturą. No właśnie, nie z modą, bo to mnie nie kręci, ale z naturą. To powód, dla którego, moim zdaniem, warto!

Myślę jednak, że nie można dać się zwariować i ślepo wprowadzać w życie wszystkich minimalistycznych i zerowaste’owych rad, bo szybko może się okazać, że stanie się to głównym celem i sensem naszego życia. A dla mnie nim nie jest i nie chcę, żeby przysłoniło mi ważniejsze sprawy. A o moim sposobie małych kroków, o tym, co już robię, a co chciałabym zmienić, może kiedyś powstanie oddzielny wpis.

A Wy jesteście minimalistami i zerowaste’owcami?

Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania na ten temat.