Czy od małego włączać dzieci w obowiązki domowe?

Nie mam na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

Niektórzy eksperci twierdzą, że włączanie małych dzieci w obowiązki domowe nie ma sensu, bo jest zmuszaniem ich do tego, wręcz terroryzowaniem, a więc łamaniem ich wolnej woli, a ponadto jest tylko źródłem frustracji i przepychanek.

I pewnie czasem tak to właśnie wygląda…

A jednak! W wielodzietnej rodzinie codziennych obowiązków jest niemało. Większość z nich spada oczywiście na osobę, która spędza w domu najwięcej czasu. Czyli na mamę. Czyli na mnie:) To sprawia, że często jestem zmęczona powtarzalnością codziennych, drobnych czynności, takich jak sprzątanie, pranie, wkładanie naczyń do zmywarki, wyjmowaniem ich, chowaniem, składaniem stosów ubrań, i tak dalej, codziennie od nowa…

Nie chcę tu narzekać, tylko pokazać, że jest tego naprawdę sporo i można być tym zmęczonym. Dlatego też my włączamy dzieci w obowiązki domowe. Nie wiem, czy to słuszne i właściwe, ale tak zdecydowaliśmy. Sęk, moim zdaniem, w tym, jak przedstawiać dzieciom tę kwestię, żeby nie była dla nich przymusem.

Przede wszystkim uczymy ich tego, że w naszym domu nie ma służących. Wszyscy razem tworzymy rodzinę, wszyscy razem jesteśmy odpowiedzialni za nasz dom. Bałagan sam się nie posprząta, jedzenie się samo nie przygotuje, łóżka się same nie pościelą… A mama nie ma siły i czasu, żeby robić wszystko za wszystkich.

Myślę, że oni (przynajmniej ci starsi) już to rozumieją. Oczywiście z praktyką bywa różnie. Nie zawsze o sprzątaniu swoich rzeczy, czy ścieleniu łóżek pamiętają, czasem trzeba im przypominać tyle razy, że już wolałabym to sama zrobić. Jednak staram się nie robić, nie wyręczać ich, a raczej przyzwyczajać do odpowiedzialności za otoczenie i za nasz wspólny dom.

Kiedyś zainspirowała nas wspaniała książka Szymona Grzelaka Dziki ojciec. Mówi ona o rytuałach inicjacyjnych, przez które warto przeprowadzić dzieci i młodych ludzi, żeby w dobry, spokojny sposób wprowadzać ich w życie społeczne, czyli na początku przede wszystkim rodzinne. A jak w życie społeczne rodziny, to również w pewne obowiązki domowe.

I tak, wykorzystując pomysły z książki, przerobiliśmy je trochę na potrzeby i możliwości naszej rodziny i wymyśliliśmy pierwszy rytuał inicjacyjny, który postanowiliśmy przeprowadzać każdemu z naszych dzieci w jakimś momencie granicznym ich życia. Moment ten musi być, według nas, wyraźny i namacalny, dlatego ustaliliśmy, że będzie to czas wypadnięcia pierwszego mleczaka, czyli mniej więcej okolice 6. urodzin.

Rytuał ten przeszła na razie tylko nasza najstarsza córka, teraz czekamy na pierwszy ząb starszego syna. Jak go przeprowadziliśmy? Ważny był w tym udział taty, który z okazji utraty pierwszego mleczaka zabrał Lu na biwak. Zabrali ze sobą namiot, kilka drew, kiełbaski na ognisko i rozbili się nad rzeką. Było to niedaleko domu, ale i tak dla sześciolatki stało się ogromnym przeżyciem, które wspomina do dziś i o którym chętnie opowiada. Widać, że było dla niej ważne.

Podczas wspólnego nocowania pod namiotem i wspólnego, wieczornego ogniska, tata poinformował córkę, że wkracza właśnie w nowy etap w swoim życiu i w związku z tym zmienią się troszeczkę jej zasady funkcjonowania w rodzinie. Dostanie jeden obowiązek i jeden przywilej. Obowiązek – zostanie włączona w grafik dyżurów w kuchni, które polegają na sprzątaniu ze stołu po posiłkach oraz załadowywaniu i rozładowywaniu zmywarki raz na trzy dni (w kolejce – mama, tata, Lu, itd.).

Przywilej – raz w tygodniu, początkowo była to niedziela, teraz została zamieniona na sobotę, Lu może później niż młodsi bracia położyć się spać, żeby spędzić wieczór wspólnie z rodzicami. Najczęściej gramy wtedy w jakąś grę planszową lub dłużej czytam jej książkę. Przywilej ten jest dla niej bardzo ważny, dlatego, mimo że czasem jesteśmy już wieczorem zmęczeni i wcale nam się nie chce, to wywiązujemy się z niego.

W zamian za to Lu stara się wypełniać swój obowiązek, mimo że widzimy, że czasem też jej się nie chce, czasem trzeba jej przypominać, czasem wypełnia go trochę niedbale i po łebkach, to jednak wypełnia, raz lepiej, raz gorzej. Staramy się doceniać. Oczywiście z wytęsknieniem czeka, kiedy do grafiku dyżurów dołączy młodszy brat, bo wtedy dyżur będzie wypadał raz na cztery dni:)

Myślę, że dzięki takiemu rozwiązaniu czuje się po prostu częścią naszej rodziny i czuje na sobie współodpowiedzialność za naszą wspólną przestrzeń. A młodszy syn już nie może się doczekać, kiedy jemu wypadnie pierwszy ząb:) To chyba znak, że jest to w ich oczach atrakcyjne.

Oprócz takiego formalnego obowiązku staramy się też namawiać dzieci do drobnej pomocy na co dzień. No właśnie. Staramy się. Namawiać, a nie zmuszać. Np. starszy syn uwielbia chodzić do piwnicy po jajka. Nie, nie chodzić, on robi to biegiem, w podskokach. Młodszy za to jest specjalistą od wyjmowania ubrań z pralki. Obaj robią to z chęcią i uśmiechem, żadnego przymusu. Gorzej jest ze sprzątaniem w ich własnych pokojach. Zdaje się, że im bałagan nie przeszkadza. Nam trochę jednak tak. Na razie szukamy na to sposobu:)

 

Tak to wygląda u nas. Jak jest u Was? Włączacie dzieci w obowiązki domowe? Myślicie, że jest to dobry pomysł, czy lepiej poczekać, aż będą starsze? Na pewno macie też jakieś własne sposoby.